Przeskocz do treści

This Must Be The Place (2011)

29 Kwiecień 2012
symbo_czerwone

Polski tytuł tego filmu, który brzmi “Wszystkie Odloty Cheyenne’a” może was zaprowadzić w maliny. Żadnych odlotów nie uświadczycie, aczkolwiek bardzo łatwo uświadczyć nalotów nudy.

Tytułowy Cheyenne to stetryczały rockman z mózgiem przeżartym od heroiny i innych dragów. Szeptem, niczym babcia z zaparciem przy konfesjonale, narzeka na kawę w centrum handlowym, na napis “cuisine” w kuchni, czasem przy codziennej toalecie prosi żonę o puder i szminkę. Życie mija mu nudnie na codziennych zajęciach. Nie pracuje, bo po co? Żyje z tantiem lepiej niż król. Ale czegoś mu wyraźnie brakuje, coś go dręczy.

Pewnego dnia dostaje wiadomość o śmierci swojego ojca. I tutaj zaczyna się przygoda. Cheyenne dowiaduje się, że jego ojciec był na tropie hitlerowskiego przestępcy, który poniżał go w obozie koncentracyjnym. Cheyenne, mimo negatywnych uczuć do swojego ojca, postanawia spełnić ostatnie życzenie ojca i znaleźć byłego oprawcę.

Cheyenne wyrusza w dziwną podróż, pełnych nocowania w przydrożnych motelach, poznawania zwyczajnych szarych ludzi. Poznawania też siebie, bo tak naprawdę o to mu najbardziej chodzi. Życie podróżnika niezwykle przypada do gustu rockmanowi-emerycie, może przypomina mu dawne koncertowe gig’i?

Trudno stwierdzić o czym ten film jest. Mamy tu dużo nierozwiniętych wątków, w których możemy się jedynie domyślać o co chodzi. Efekt obcinania scen do minimum czy zamysł autora? Moim zdaniem to film o poznawaniu siebie i dojrzewaniu pomimo, że już dawno powinniśmy być dojrzali. O tym że nigdy nie jest za późno na te kwestie. Chayenne przeżywa ostatecznie metamorfozę, ale co sobie uświadomił, może wiedzieć tylko on i twórca.

Wiesz w czym problem, Rachel?

W czym?

Niezauważalnie wyrastamy z wieku, kiedy mówimy “takie będzie moje życie” i zaczynamy mówić: “takie życie”.

Akcja filmu ciągnie się powoli, a monotonny głos Sean’a Penn’a dodatkowo usypia. Jedni mogą docenić zacną muzykę, inni piękne krajobrazy i zdjęcia (obie te rzeczy doceniam), jednak fabularnie ten film to dla mnie nie porozumienie. Nie twierdzę, że nie ma w nim treści – ale nie przekonuje mnie na tyle żebym się jej specjalnie doszukiwał. Film niektórych porywa klimatem, mnie w żaden sposób nie naelektryzował. Film nie był dla mnie komedią, gdyż oprócz dwóch scen ani razu się nawet nie uśmiechnąłem.

Musze jeszcze troszeczkę ponarzekać nad odbiorem całego filmu. Większość krytyków i widzów wychwala grę Sean’a Penn’a. Dla mnie postać Chayenne’a wypada nieprzekonująco (co jest dla mnie wyznacznikiem dobrej gry aktorskiej), a fakt, że ktoś gra zuuupełnie innego człowieka od siebie nie znaczy, że z punktu jest genialnym aktorem. Bo chyba najtrudniej jest zagrać siebie?

Uwielbiam filmy w których nie wiadomo o co chodzi. W których widz sam musi poskładać puzzle by zobaczyć cały obraz. Tutaj jednak tych puzzli zabrakło, i nie dwie czy trzy części, ale gdzieś z połowy. Dlatego nie rozumiem ludzi, którzy chwalą film bo jest niejednoznaczny. Niejednoznaczność czy wolność interpretacyjna, sama w sobie nie jest celem, acz środkiem by coś osiągnąć. We “Wszystkich Odlotach” tego celu nie ma albo nie da się jednoznacznie zauważyć. Dlatego zastosowany zabieg powinien być raczej minusem niż zaletą.

Trudno powiedzieć dla kogo jest ten film. Może po prostu lepiej obejrzeć i samemu się ustosunkować. Jednak jeżeli liczycie na jakąś żwawą akcje – darujcie sobie. To nie te klimaty.

Dangerous Method (2011)

17 Marzec 2012
symbo4

Niestety muszę ten film ocenić średnio. Miałem duże oczekiwania wobec niego, niestety dostałem bardzo powolny melodramat.

Pozytywnymi aspektami jest dokładność odwzorowania tamtych czasów, czyli początku XX wieku w Wiedniu. Kostiumy, rekwizyty, detale – na prawdę przenoszą nas w tamte czasy. Scenografia stoi na bardzo wysokim poziomie. Widzimy Junga oraz Freuda – i nie ma cienia wątpliwości, że właśnie tak mogli wyglądać.

Trochę interesuje się psychologią, więc myślałem, że znajdę coś dla siebie. Niestety film, w ogóle nie traktuje o “niebezpiecznej metodzie”, a raczej o relacjach Jung-Spielrein i Jung-Freud. Mianowicie mam na myśli to, że bardzo mało czasu zostało przeznaczone w filmie na faktycznym przekazaniu widzowi informacji – czym była ta metoda na czym polegała, skąd Freud ją wziął. Dowiadujemy się na samym początku filmu, że ów metoda to nic innego jak… terapia poprzez rozmowę. Dzisiaj nic takiego nie dziwi, gdyż większość psychoterapii polega na gadaniu (dlatego Freud jest ceniony jako pionier w tej dziedzinie). Jednak w tamtych czasach pogląd był taki, że choroby psychiczne są chorobami organicznymi, a nie psychicznymi. Speilrein zostaje jako tako wyleczona w relatywnie krótkim czasie (jeżeli patrzeć na czas filmowy to prawie od razu) co pozbawia film wiarygodności od samego początku. Terapia takich ludzi trwa latami – i to w filmie moim zdaniem powinno być skuteczniej oddane.

Jedni uznają następujący fakt za pozytyw – mnie jednak on trochę irytował. W tym filmie nie ma ani jednej osoby z która można się utożsamiać. Jung jest pokazany, przynajmniej z mojej perspektywy, jako młokos, młodzieniaszek, manipulowany przez Speilrein oraz szalonego Otto Grossa. Ostatecznie w filmie kończy źle – może właśnie przez swój miękki charakter. Postać Spielrein jest przesadzona, Keira gra ją niewiarygodnie – tak jakby człowiek z histerią był 24/7 obłąkany. Oczywiście w pewnym sensie jest, nie znam nikogo z histerią, jednak wydaje mi się że tacy ludzie mają zaburzenia, które są periodyczne np raz na tydzień. Spielrein jest przedstawiona jako wariatka, a nawet już wyleczona zachowuje się odpychająco. I kolejne rzeczy niewiarygodne – jak tak IMO brzydka kobieta z dodatkową chorobą psychiczną mogła omotać i rozkochać w sobie poważnego doktora Junga. Oczywiście są takie przypadki – ale film nie pomaga w przełknięciu tej gorzkiej pastylki niewiarygodności. Szczególnie, że Sarah Gadon tak prześlicznie grała żonę Emmę Jung. Mniemam, że był to celowy zabieg, żeby pokazać, że potrzeba seksualnych perwersji jest silniejsza niż jakiekolwiek nudne życie z żoną przy boku. Ja pod tym nie mogę się podpisać, a film wcale mnie do tego nie przekonuje.

Postać Freuda jest zagrana na prawdę dobrze. I znów – nie możemy się utożsamić z osobą o tak wysokim mniemaniu o sobie i nabrzmiałym ego. Freud jest przedstawiony z oczu Junga jako nieomylny ojciec, który traktuje swoich przyjaciół jak pacjentów. I to wydaje mi się wiarygodne i czytając Freuda pewnie można to wywnioskować (nie wiem nie czytałem, po prostu wydaje mi się logiczne, że ktoś kto jest geniuszem psychoanalizy będzie ją stosował nawet do pani w sklepie mięsnym). Otto natomiast to bawidamek, seksoholik i ćpun.

Film dowodzi, że żeby być psychologiem, trzeba mieć też jakieś zaburzenie – jednak kto z nas nie ma? Dowodzi też, chociaż dowód ten jest dla mnie pewnie jedynie ważny, że film chociaż na faktach może być niewiarygodny. A wiarygodność to coś co w filmie być musi – inaczej mnie osobiście dane kino irytuje.

I jeszcze raz szkoda, że w filmie nie było więcej o samej psychoanalizie. Cóż – film to czysty melodramat, a nie przegląd teorii psychologicznych.

“Bóg nie gra w kości”. Serious Man (2009).

7 Sierpień 2011
symbo5

Najnowszy film Coenów wymyka się wszelkim interpretacjom. Wziąłem sobie za cel zinterpretowanie go już po pierwszym seansie. Moje próby spełzły na niczym – gdyż jest to film wielopłaszczyznowy, a ja (jako rasowy leń) chciałem napisać możliwie jak najbardziej zwięzłą i treściwą interpretację. Nie jest to łatwe, ale spróbuję.

Ze względu na to, że jest to interpretacja, mogą występować spoilery. Nie będę też streszczał filmu czy go oceniał, także jest to tekst do przeczytania po obejrzeniu “Poważnego człowieka”.

Płaszczyzna pierwsza.  Nauka.

Larry Gopnik jest człowiekiem wiedzy. Pragnie, jak wielu innych podobnych do niego profesorów, zgłębić tajemnice świata poprzez prawa fizyki – w tym wypadku prawa fizyki kwantowej. Od czasów Alberta Einsteina istnieją myśli w głowach fizyków, że gdzieś tam są prawa, które zjednoczą fizykę klasyczna z fizyką kwantową. Teorie Wielkiej Unifikacji. Nie ma czegoś takiego – przynajmniej nie według braci Coen.

Serwują nam na początku eksperyment myślowy Schrödingera. Historia żydowskiej pary i Groshkover’a vel dybukka gdzieś w 19 wiecznej Polsce czy sprawa łapówki to tylko analogie do tego eksperymentu. Kot żyje i nie żyje naraz tak samo jak Groshkover. O dziwo prawa fizyki kwantowej działają w otaczającym nas świecie – a nie tylko świecie atomów i cząstek.

Jednak eksperyment z kotem mówi nam o wiele więcej niż to, że kot (w świecie cząstek) może być naraz martwy i żywy. Mówi nam przede wszystkim to, że brak sprawdzenia wyniku eksperymentu ( w tym wypadku otworzenia pudełka z kotem) powoduje, że może on (przypuszczalny wynik) przybierać naraz wiele form. Tyle, że w rzeczywistości kot jest żywy lub martwy, nigdy naraz. To fakt, że nie wiemy co się dzieje z kotem powoduje superpozycję (nałożenie się) dwóch stanów. Jednoczesny stan śmierci  i życia zwierzęcia jest jedynie naszym skrótem myślowym w tym eksperymencie. Te dwa stany zostają zweryfikowane po zajrzeniu do pudła.

“Bóg nie gra w kości”, powiedział Einstein krytykując teorię kwantową. Miał namyśli dokładnie to, co napisałem wyżej. Skrytykował on teorie w której cząstce przypisywane jest prawdopodobieństwo, czy jak w eksperymencie Schrödingera – kotu. Teoria kwantowa wynika z naszej niewiedzy i braku możliwości “otworzenia pudła”. Natomiast prawo nieoznaczoności Heisenberga mówi nam to, że nigdy do końca tego pudła nie otworzymy – i to Lary Gopnik dobrze wie.

Larry streszcza nam to prawo w sposób iście genialny:

“Zasada nieoznaczoności. Udowadnia, że tak naprawdę nigdy nie możemy wiedzieć, co się dzieje. Ale nawet jeśli nie potraficie wszystkiego rozwiązać, będziecie za to odpowiadać na egzaminie.”

Larry Gopnik

Czyż nie przypomina nam to życia? Mimo, że nie wiemy co się stanie za chwile, jakie będą konsekwencje naszych akcji i tak będziemy za nie odpowiadać – czy na ziemi czy w niebie. Nie jesteśmy też w stanie “otworzyć pudła”. Nie dowiemy się czy zdarzenia w naszym życiu mają jakiś większy sens. Może mają może nie, jednak warto działać słusznie.

“Zęby? Nie wiemy. Znak od Hashem? Nie wiemy. Pomaganie innym? Nie zaszkodzi.”

Rabin Nachter

Larry Gopnik miota się jak wściekły na tym łez padole. Czemu ja? Czemu trafia się to właśnie teraz? Odwiedza trzech rabinów – którzy dalej nie zaspakajają jego głodu wiedzy.

“Zaakceptuj tajemnice”

Pan Park

Jednak Larry nie umie zaakceptować zdarzeń, które się w jego życiu dzieją – on musi je rozumieć. Do pudełka nie da się zajrzeć, nikt nie wie jakie plany wobec nas ma Bóg i co nam chce przekazać (i czy w ogóle ma jakieś plany).   Gopnik jałowo szuka odpowiedzi, których nie ma w znakach czy symbolach, lecz w nim samym.

“Hashem niczego nam nie jest winne, zobowiązanie biegnie w drugą stronę”.

Rabin Nachter

Tylko my możemy wyciągnąć jakieś wnioski z nadchodzących zdarzeń. Bóg nie da nam na tacy gotowych rozwiązań. Niektóre z nieszczęść Larry’ego są bezpośrednio spowodowane jego nierozgarnięciem. Jest to życiowy fajtłapa, który zamiast wziąć życie w swoje ręce, szuka sensu w bezsensie.

“Ze skromnością przyjmuj wszystko co Ci się trafia.”

Rashi

Mentaculus, “mapa prawdopodobieństwa”, jest nie tyle sposobem na “przechytrzenie” świata, przewidzenie co się zaraz stanie czy skuteczną metodą na wygraną w karty, ale żartem ze strony twórców. W gruncie rzeczy są to tylko brednie, bazgroły szaleńca. I mimo, że okazuje się, że Mentaculus działa (chociaż do końca nie wiemy tego), Arthura czeka kara. Czyż Arthur i Larry nie są pyszni chcąc przewidzieć i zrozumieć świat? Czy nie jest to jakaś forma średniowiecznej szarlatanerii i wizjonerstwa? Autorzy chcą nam przekazać, że nie ma czegoś takiego jak unifikacja praw fizyki, a igranie z prawami natury, fanatyzm w odkrywaniu tajemnic świata może prowadzić do zguby – ze strony samego siebie (popadanie w szaleństwo Arthura) lub przez karę Boską (pójście do więzienia). I znów, pojawia nam się morał filmu. W Mentaculusie widzę też paszkwil z kabały. Wiara, że światem rządzi jakiś jeden tajemniczy wzór jest błędem.

Płaszczyzna druga.  Wiara.

W filmie odnajdziemy mnóstwo nawiązań do religii (szczególnie judaizmu).  Bracia Coen przyznają się, że zostali zainspirowani historią Hioba. I ten film jest takim remakiem biblijnej przypowieści. Mamy scenę gdy Larry przygląda się nagiej sąsiadce z dachu. Ta scena przypomina mi moment gdy biblijny Dawid spotyka Batszebę. Płyta, za którą Larry nie chce zapłacić to Abraxas Santany, której tytuł może oznaczać imię samego Boga. Idąc za Wikipedią:

Abraxas to określenie Najwyższego Bóstwa w mitologii perskiej i gnostyckiej. W hellenistycznych dokumentach poświęconych magii słowo Abraxas pojawia się jako przykład magicznej logiki i synonim pełni. Pierwotna pisownia Abrasax, zapewne w wyniku pomyłki w łacińskim przekładzie przyjęła formę Abraxas.[...]

Słowo “Abraxas” powstało zapewne w wyniku operacji numerologicznej wykonanej na literach alfabetu greckiego, którym przypisywano wartości liczbowe: a zatem greckie słowo αβραξας według stosowanej reguły ponieważ: α = 1, β = 2, ρ = 100, α = 1, ξ = 60, α = 1, ζ = 200 po zsumowaniu uzyskujemy

α + β + ρ + α + ξ + α + ς = 1 + 2 + 100 + 1 + 60 + 1 + 200 = 365 czyli liczbę dni w roku.

Wikipedia

Ukazująca się na końcu trąba powietrzna nawiązuje do historii Hioba. Hiobowi też ukazał się Bóg pod postacią wiatru. Nawiązań znalazłoby się pewnie jeszcze więcej. Jednak Larry dalej nie widzi otaczającego go Hashem. Wchodzi na krętą ścieżkę poszukiwań Boga i sensu rzeczy, które go spotykają. Jako totalny religijny ignorant odwiedza najpierw pierwszego rabina – Scott’a Ginzler’a.

“Mogę się czymś z tobą podzielić? Ponieważ ja także miałem uczucie utraty kontaktu z Haszem, co jest tym samym problemem. Ja także zapomniałem, jak mam go postrzegać na tym świecie
i kiedy tak się dzieje, myślisz sobie, <<Cóż, jeśli go nie widzę, to go tam nie ma. Nie istnieje>>.
Ale nie o to chodzi. Musisz tylko pamiętać, jak go postrzegać. Mam rację? To znaczy… Na przykład ten parking. Nie ma co podziwiać. Ale jeśli wyobrazisz sobie siebie jako gościa, kogoś, kto nie jest zaznajomiony z tymi autami, kogoś, kto wciąż pragnie zastanawiać się, kogoś,  ze świeżym spojrzeniem. Właśnie o to tu chodzi, Larry. Ponieważ z właściwym spojrzeniem, możesz dostrzec Haszem, sięgającego w głąb tego świata. On istnieje na świecie, nie tylko w synagodze. Wydaje mi się, że postrzegasz świat, swoją żonę, zmęczonymi oczami.[...]

Spójrz na parking, Larry. Popatrz no na ten parking.”

Rabin Scott Ginzler.

Chociaż Larry dewaluuje mądrość młodszego rabina, ten daje mu całkiem życiowe rady. Larry’emu brakuje spojrzenia optymisty – zamiast cieszyć się wolnością, jak robi to jego sąsiadka, to męczy się mieszkając w przydrożnym motelu. Wujek Artur natomiast, zazdrości Larremu rodziny i wykształcenia. Gopnik nie zauważa zupełnie tych wartości, tego co dał mu Bóg. Możliwe, że odrzucenie darów Pana spowodowało pasmo złych zdarzeń w życiu Larry’ego. On natomiast, szukając dalej idzie do drugiego rabina – Nachter’a.

Rabin Nachter, oprócz tego co napisałem, mówi mu, że nie ma dobrego czasu na złe zdarzenia, że one są niezależne od nas i musimy je przetrwać,  m.in. dzięki wierze. Historia z zębami, uzmysławia nam, że nie tylko poszukiwania głębszego sensu niektórych zjawisk nie mają celu, ale też, że prędzej czy później wszystko wraca do normy. Grzechem drugim Larriego jest właśnie ten brak zaufania Bogu.

Gopnikowi nie udaje się spotkać z trzecim rabinem, najwyższym rangą. Marshak przy wizycie z synem Gopnika cytuje tekst piosenki Jefferson Airplane – Somebody To Love. Piosenka ta otwiera i zamyka cały film. Możemy wnioskować, że jest ona ważna w piewien sposób i związana z wydarzeniami. I owszem – słowa tej piosenki w ustach starego rabina nabierają sensu: gdy wszystko zawiedzie, pozostaje Ci miłość do bliźniego czy do Boga.

W takim razie dochodzimy do wniosku, który jest mottem niniejszej strony. Teoria jest sucha, nieprzekonywująca – to “sztuka możliwości”, a nie tego co jest w rzeczywistości. Według Sy’a jest jak polityka (bo właśnie do tej dziedziny odnosi się ten cytat), zgrabnym zamydleniem oczu ludziom. Bo koniec końców nasze życie jest absurdalne, w którym często musimy polegać na wierze, nadziei i uczuciach, a nie chłodnych kalkulacjach.

Podróż w czasie. Tron: Legacy (2010)

19 Czerwiec 2011
symbo6_small

Kto powiedział, że machiny czasu nie istnieją? Nowy sequel znanej legendy z lat 80 daje nam możliwość zajrzenia w przyszłość. Dwadzieścia osiem lat to szmat czasu. A kto nie widział pierwowzoru – tym lepiej, może cofnąć się w czasie. Dlatego seans nowej części Trona – Tron: Legacy jest edukacyjny, nie przez fabułę, lecz sam fakt powstania tej części. Tym czasem możecie porównać trailery obu filmów.

Zmieniła się głównie technologia. Nowy Tron graficznie zwala z nóg. Nie umniejszam jednak grafiki jego poprzednika, bo to był wtedy szczyt technologicznych osiągnięć. Wraz z technologią film zmienił się podwójnie, bo po pierwsze filmy robi się już inaczej, wykorzystując grafikę komputerową, po drugie zmieniamy się my, a więc widz i obiekt obserwacji.

Widz pragnie więcej wybuchów, akcji i przede wszystkim emocji. Zawsze tego pragnął, ale kiedyś były inne metody ich przekazywania. Widać to bardzo dobrze po tych trailerach. Kiedyś całująca się para, dziś – zapierające w piersiach opakowanie.

Sequele sięgające do kultowych dzieł przed lat nie mają łatwego zadania, nie unikną one porównań. I dobrze, bo czasem może to być mobilizujące i kształcące. Reżyserzy muszą zadać sobie pytanie, co nowego można wycisnąć ze starej historii, co dodać lub jakie wątki skazać na nierozwiązanie. Podobnie jest przy kręceniu remake’ów. Christopher Nolan myślał, myślał i wymyślił wspaniałego Mrocznego Rycerza, który nie tylko wizualnie, ale też fabularnie jest filmem świetnym, przewyższający prequel. Niestety podobnych dzieł jest mało.

Szklana Pułapka 4.0 lub nowy Indiana Jones jedynie szargają dawną świętość, nie przedstawiając niczego nowego. Strategia pójścia w efekty filmowe, wybuchy, sceny akcji, pościgi niestety nie sprawdziły się. Co jak co, ale scenariusz to zawsze podstawa tworzenia nowych części.

W takim razie mamy dwie strategie tworzenia sequeli. Pierwsza to jedynie doprawienie starej  zupy słynną przyprawą “magi”, druga – to zupełna zmiana jej smaku. Druga jest trudniejsza od pierwszej, co dowodzi, że wyjątkowo ciężko jest dziś wymyślić dobry (niewtórny) scenariusz. Jednak z doświadczenia wiadomo, że się opłaca.

Tak jak napisałem widz dzisiaj jest inny (i zarazem nie) niż 28 lat temu. Naturalnym jest, że i bohaterowie muszą  się też zmienić, gdyż film to pewne odzwierciedlenie nas samych. W Mrocznym rycerzu zamiast postaci złoczyńcy niczym z kalki, dostajemy nowego Jokera – człowieka  z filmu Upadek – pokręconego i swoiście złego, jednak wyrosłym ze złego społeczeństwa, czyli uosobienie zła w nas samych, widzach.

Jako, że Tron to film kierowany do młodej widowni widać charakterystyczne stereotypy. Kiedyś serca dziewczyn podbijał inteligentny łobuz, który poradzi sobie w każdej sytuacji. W nowym Tronie jest to chłoptaś niczym z boysbandu. Natomiast dziewczyna u jego boku, chociaż niezła sztuka, wpatrzona w chłopaka jak w obraz. Jeff Bridges niestety zawodzi, a jego alter ego – CLU, gra typowego złoczyńcę, który chce kontroli nie tylko nad swoim ale i drugim światem.

O ile grafika stoi na niesamowicie wysokim poziomie to fabularnie nie jest idealny i pewien potencjał został zmarnowany. W “jedynce”, oglądanej przeze mnie właśnie jak byłem nastolatkiem, były przemycane treści typu problem władzy totalitarnej, jednostka kontra państwo, a nawet wiara kontra państwo. Ponadto przekazywał też wartości takie jak miłość, braterstwo, walka o wspólny cel. Tutaj niestety nie doznałem czegoś takiego. Może po prostu już jestem za stary? Może nowe filmy nie uczą młodzieży takich wartości? Trudno orzec.

Wizualnie to już co innego. Ten film po prostu miażdży wyglądem. Jest mroczniejszy i poważniejszy. Myślę, że bije Awatara na głowę. Reżyser, jest młodym grafikiem komputerowym, tworzącym wcześniej reklamy gier czy samochodów. Powierzono mu taki gigantyczny projekt, jednak jego praca jest cudowna. Wszystko jest dopracowane, lokacje, stroje, maszyny. Designerzy mieli ręce pełne roboty, jednak spisali się na medal.

Kolejnym plusem jest muzyka. Stworzona przez Daft Punk, wpasowuje się idealnie w klimat Trona i po prostu wgniata w fotel.

Tron to wizualnie i dźwiękowo majstersztyk. Oglądało mi się świetnie. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest to godny sequel Trona z przeszłości, a strategia doprawiania zupy jednak wyszła mu na plus, bo równoważy braki w fabule. Widz się zmienia, a wygląda na to że staje się coraz młodszy, dlatego filmy są  trochę niedopracowane na poziomie fabularnym i nie wykorzystują swojego potencjału. Czy twórcy naprawdę wierzą, że dzieciaki są takie głupie? Czegoś mi brakowało, może było za mało zupy w zupie.

Sala Samobójców (2011)

10 Maj 2011
symbo7_smallczarne

Długo wstrzymywałem się przed tym filmem. Spowodował to stereotyp, że dystrybutor ITI pewnie znów popełnił  gafę reklamując kiczowaty film o emo. Na szczęście pomyliłem się i to bardzo. Nie ma co narzekać. Jest to jeden z lepszych polskich filmów ostatnich lat.

Za 100 dni matura. Kto w swoim życiu nie czuł stresu, paradoksalnie też i luzu, ostatnich licealnych lat. Dla Dominika jednak, ostatnie 100 dni przed maturą zamieniają się w koszmar. Dominik staje się klasowym pośmiewiskiem przez pewne zdarzenie zainicjowane przez jednego z kolegów. Zdarzenie te w internecie przybiera postać psychicznego znęcania się nad Dominikiem, co powoduje u niego wycofanie się i zamknięcie się w sobie. W tym stanie ‘pomaga’ mu internetowa koleżanka – Sylwia. Przekonuje go do tego, że wcale nie musi iść do szkoły, nie musi rozmawiać z rodzicami, może się zamknąć w pokoju zupełnie jak ona. Dominik pod wpływem Sylwii odwiedza wirtualny świat Sali Samobójców – internetowej gry-czaterii. Ten świat wciąga go, gdyż daje mu poczucie ważności. Jednak Dominik nie zdaje sobie sprawy, że dąży prosto w dół w czarną spirale negatywnych emocji.

Relacja Dominika z Sylwią jest kluczowa, jednak ważniejszym jest background całej historii. Rodzice Dominika to ludzie wysoko postawieni, zapracowani, osiągający sukcesy w karierze. Każda materialna zachcianka chłopca jest zaspokajana. Dominik jest więźniem swojego pochodzenia. Chodzi do szkoły prywatnej, a raczej jest do niej wożony przez prywatnego szofera. Jego obowiązkiem jest odwiedzanie opery wśród innych nowobogackich rodzin. Dominik ma wszystko, jedyne czego nie ma to uczucia od swoich rodziców.

Jego ucieczka może być tłumaczona stylem wychowania. Jak mówi jego ojciec “matura, kariera, a potem samolotem za granicę”. Jakie to prawdziwe. Dominik wcale nie chce robić kariery. On ma dość oczekiwań wobec niego, może też dlatego nie wychodzi z pokoju na maturę. Jego rodzice nie interesują się zbytnio jego życiem, nie dzielą jego problemów, nie rozumieją go. Są jedynie nastawieni na jego sukces i rezultaty. Taka relacja przypomina bardziej umowę o dzieło niż kochającą rodzinę. My spełnimy twoje zachcianki materialne, a w zamian za to masz przynosić sukcesy.

Dlatego sądzę, że jego zamknięcie się i wszystko co działo się potem, wynikało z postawy buntownika podsycanej słowami Sylwii. Dominik już dawno był outsiderem, dopiero po incydencie pogłębiło się to znacznie. Dominik żyje w złotej klatce – jemu nic nie może się stać. Gdy pewnego dnia szofer spóźnia się, Dominik wymawia takie słowa: “Ze mną się jest się cały czas!”. Dominikowi jest dobrze w tej klatce. Postanawia pojechać autobusem. Okazuje się, że nie jest on przystosowany do tak prozaicznych rzeczy.

Możemy przerzucać odpowiedzialność z rodziców na Dominika i odwrotnie za to co się stało. Moim zdaniem po obydwu stronach było wiele błędów. Dominik odrzucał wszystkie formy kontaktu i mimo, że chciał uwagi od swoich rodziców nie zrobił nic by tą informację im przekazać. A nie przepraszam, robił to, ale w iście szatański i prześmiewczy sposób, który wystawiał ich rodziców na ośmieszenie (scena z całowaniem rzeźby). A jego rodzice, wcale nie bardziej dojrzali od niego. Najbardziej przejął mnie fakt, że Beata i Andrzej nie zdawali sobie i nie chcieli zdać sobie sprawy z tego w jakim poważnym kryzysie jest ich syn. Dla nich była najważniejsza matura i szybki powrót do zdrowia. Nawet wzięcie urlopu było aktem niemożliwym… gdyby wiedzieli jak to się skończy, urlop mógłby uratować ich rodzinę. Moim zdaniem, największy i przesądzający o tragedii błąd popełnili rodzice rezygnując z pierwszego psychiatry. Jednak on postępował zupełnie inaczej niż oni, dlatego musiał odejść.

Pod względem technicznym film jest bardzo dobry. Kadry są świetne, operator często operuje nieostrymi obrazami, ciemnością. Aktorstwo jest na wysokim poziomie. Gierszał, choć młody wiekiem, zagrał lepiej jak jego starsi koledzy po fachu. Pieczyński i Kulesza powrócili w świetnym stylu. Szczególnie dobrze zagrał ten pierwszy, ojca który jest niby łagodny, a w sytuacji stresowej potrafi pokazać swoje prawdziwe złe oblicze. Nie narzekałbym też na Romę Gąsiorowską, która zagrała Sylwię.

Właśnie. Muszę jeszcze powiedzieć coś o postaci Sylwii. Kiedyś poznawałem dużo ludzi przez internet, nie dziwnym chyba będzie że głównie kobiety. Z mojego doświadczenia postać Sylwii jest bardzo wiarygodna. Na prawdę spotykałem różnych świrów, kobiety które się cięły, pisały blogi – jaki to świat nieszczęśliwy… było tego masę. A postać Romy gra moim zdaniem genialnie, bo genialnie opisuje te wariatki z internetu (ten jej głos – tak bardzo dla niej charakterystyczny pasuje jak ulał).

Sylwia znalazła swoją rzeczywistość. Nie wiem jak można nie wychodzić z pokoju przez 3 lata, jak jej na to pozwolili rodzice. W każdym razie takie osoby istnieją (a przynajmniej istniały), osoby które bawią się w “samobójstwa” w zakładanie internetowych grup w których są ‘guru’. Jednak osoby takie jak Sylwia nigdy nie popełnią samobójstwa, to osoby bardzo bardzo przestraszone, mocne jedynie w internecie, zabawiające się uczuciami innych ludzi, wykorzystujące ich współczucie by się dowartościować. Dlatego rola Sylwii jest moim zdaniem świetna, bo ona to wszystko oddaje.

I jeszcze muszę zrobić na końcu spoila.

Samobójstwo głównego bohatera jest dla mnie zrobione na ‘próbę’, jest tak głupiutkie i jakby przez przypadek. Wydaje się nam, że już Dominik wyrzuci te wszystkie piguły i wróci do normalności. Dominik jakby chciał zobaczyć co jest w tych tabletkach, co jest w tej śmierci o której ciągle mówiła mu Sylwia. Śmierć wynika z buntu z ciekawości, ze złości, że Sylwia nie przyszła na umówione spotkanie. Nie jest to śmierć spowodowana depresją. Dlatego diagnoza postawiona przez drugiego psychiatrę była błędna i straszna w skutkach. I ta końcówka; jak napity rozmawia z tamtą parą, a potem trzyma się pisuarów i woła o pomoc – bardzo naturalistycznie, pewnie prawdziwie, na pewno szokująco, jednak nie przypadła mi do gustu. Miała wyśmiać internetowy ekshibicjonizm emocjonalny, a film sam trochę w nas w to wciąga i znieczula, nie oddając Dominikowi jego wysłużonej czci.

W filmie jest parę na prawdę mocnych scen. Spodobała mi się scena gdy w grze w postać Dominika wciela się jego matka Beata. Było to bardzo szokujące i emocjonalne. I mimo, że powinna zbluzgać członków Sali Samobójców, to dziękuje im za wszystko. Za co? Za zniszczenie życia swojego syna? Jednak po głębszym przemyśleniu doszedłem do wniosku, że jej syna już nic nie wróci, więc bluzganie na nich, zniżyło by ją do poziomu ich uczestników – bezradnych zakompleksionych dzieci.

Podobała mi się scena gdy Dominik pierwszy raz poznaję Sylwię i widzi przez kamerkę tylko kontur jej twarzy. Ta scena, chociaż nie ma w niej kropelki krwi, nikt nic nie mówi i nic się nie dzieje, spowodowała takie ciary, jak najlepszy horror. Taki jakiś wewnętrzny, dziwny strach.

Jest też trochę scen głupich, naciąganych i zbytnio przedłużających film. Jednak przemilczę je, w ramach dość uczynienia za moją pomyłkę co do tego filmu.

Nie jest to film o zagrożeniach internetu, a boje się, że może tak być odebrany. Nie ma co zakazywać swoim pociechom dostępu do tego medium. Pokazuje jednak jak potężny oręż w znęcaniu się nad innymi dostają nastolatki korzystające ze stron społecznościowych.

Film moim zdaniem jest przede wszystkim o braku kontaktu, braku dobrej komunikacji, wyrażaniu swoich potrzeb i problemów. Rodziców zastępują czaterie, a kontakty z rówieśnikami – facebook. Do czego ten świat zmierza?

Paprika (2006)

29 Kwiecień 2011
symbo6_small

Filmowe scenariusze wytwórni zza oceanu często bywają inspirowane dziełami daleko wschodnimi, mianowicie japońskich dzieł. Dzieje się tak od bardzo dawna; Siedmiu Wspaniałych nawiązuje bezpośrednio do Siedmiu Samurajów. Wystarczy obejrzeć Akirę, żeby zauważyć znaczące podobieństwo do bardzo znanego s-f jakim jest Matrix. Nic dziwnego, że co jakiś czas Hollywood sięga do japońskich sprawdzonych pomysłów. Scenariusze przeniesione na amerykański grunt (ale przecież dobrze się sprawdzają także i na europejskim) są odrębnymi dziełami, posiadające charakterystyczne cechy dobrego filmu z amerykańskich snów. Czy ja napisałem snów?

Ostatnimi dniami rynek zawojował film pt. Incepcja. Znalazł wielu przeciwników jak i zwolenników. Tym, którym się film nie podobał może spodoba się Paprika. Dużo ludzi porównuje te oba filmy  i owszem mają parę cech wspólnych. Jednak te dwa dzieła są na tyle różne, że trudno ustalić definitywnie czy Nolan sugerował się tym japońskim obrazem.

Paprika to tytułowa bohaterka, o tyle dziwna, że mieszka w snach. Umożliwia jej to nowy wynalazek – PT, który miał zrewolucjonizować dział psychoterapii dzięki analizie snów pacjentów. Jednak świat snów rządzi się swoimi prawami, zupełnie innymi niż rzeczywistość. Można się domyślić, że próba okiełznania marzeń sennych musi się skończyć źle. Granica między jawą a snem zaciera się, a pacjenci nie mogą dłużej być leczeni przez tak niebezpieczne urządzenie. Dodatkowo, ktoś stoi za “włamywaniem” się do snów i ma w tym jakiś wyższy cel.

Mamy tutaj wyjątkowo surrealistyczne obrazy sennych fantasmagorii. Film ma  ostre i soczyste kolory naśladujące senne przeżycia. W tym świecie nie ma logiki a ciąg przyczynowo skutkowy jest tylko pozorem. Dostajemy film nieskrępowany, wyzwolony, dziwny i niejednoznaczny. Czyż nie dobrze oddaje cechy naszych snów?

Akcja jest wartka, przeskakujemy z jednego snu w następny, a żeby to zrobić wystarczy, przejść przez ekran, czy wtopić się w obraz. O ile Incepcja rządziła się bardzo sztywnymi zasadami, tutaj wolno wszystko. Zniszczenie całego miasta? Czemu nie! Nagła zmiana w inną osobę – jak najbardziej! I może dlatego Incepcyjne sny zostały tak ograniczone… amerykański widz po prostu pogubiłby się w tym nierealnym świecie (niektórzy mimo to się pogubili). W Paprice można owszem zgubić się, a ja nawet sadzę, że trzeba! Bo sen, w którym wszystko rozumiemy, jest jedynie symulacją.

Jednak nie przychylałbym szali zwycięstwa na rzecz Papriki. Incepcja, czerpie fascynacje z amerykańskiej rzeczywistości i korzeni (o ile Ameryka ma jakieś korzenie). Po obejrzeniu Papriki zrozumiałem, skąd się wziął taki a nie inny amerykański sen i jego kolejne poziomy. Pościgi, ulice, strzelaniny wyraźnie kojarzą się nam z hollywoodzkim kinem akcji. Następnie klimat lat 30 – filmy typu Żądło, Ojciec Chrzestny. Góry i baza wojskowa – zimna wojna.

Natomiast Japończycy mają bogatą historię i kulturę, zupełnie różną od amerykańskiej czy europejskiej. Widać to na filmie dobitnie, gdyż co rusz jest nawiązanie do japońskiej kultury. Oś snu, tworzy dziwna procesja, zbuowana jest z japońskich laleczek, rzeźb buddy, kotków z charakterystyczną łapą, czy bram torii. To wszystko wymieszane z nowoczesnością i technologią daje dziwny obraz Japończyka. Ten obraz dla niego samego jest pewnie znany, lub szokujący, w każdym razie bardzo emocjonalny i nierozerwalny z jego miejscem w kulturze. Dlatego ten film Japończycy odbiorą zupełnie inaczej.

Takie dywagacje przywodzą na myśl naszą kulturę, kulturę europejską, która wyrosła ze starożytnej Grecji, Rzymu i chrześcijaństwa. Fascynujące jest to, że ona przenika nas tak dokładnie i tak nas otacza, że nie jesteśmy w stanie tego zauważyć i dopiero w starciu z kulturą tak odległą jak Japońska, zauważamy co w nas “siedzi”. Japończycy śnią inaczej. Europejczycy śnią inaczej. Amerykanie również. Nasuwa się dojrzała myśl, że może lata nauki o kulturze ludzi żyjących wieki temu przed nami, na nudnych lekcjach języka polskiego miały jakiś sens, budują nas i wskazują miejsce w tej procesji pokoleń.

A czemu Paprika? To proste – bo “emocje dodają smaku życiu jak przyprawy w kuchni”.

(Pozdrowienia dla Agnieszki)

127 hours (2010) i Buried (2010)

30 Marzec 2011
symbo_or_m

Oba te filmy łączy pewna wspólna cecha. To dosyć statyczne filmy. Konstrukcja obu polega na “zamknięciu” aktora w ciasnej przestrzeni. Widz patrzy i kibicuje – uda mu się wydostać czy nie? To są filmy jednego aktora i jednej sceny. I chociaż nie wymagają dużego nakładu finansowego, zrobić dobry film “jednego aktora” jest bardzo trudno.

Mam dwie wiadomości: dobrą i złą. Którą chcecie pierwszą? Zacznę może od tej gorszej.

Film 127 godzin kompletnie nie przypadł mi do gustu. Podobały mi się jedynie dwie sceny. I chociaż rozumiem, ze film jest oparty na faktach i prawdziwym zdarzeniu, więc było to jakimś ograniczeniem. Aron Ralston to człowiek, który prowadzi aktywny tryb życia, bywa na imprezach, podrywa dziewczyny, ale jego główną pasją jest wspinaczka. To człowiek wielu zainteresowań, pasji, człowiek, któremu możemy zazdrościć popularności, energii. Jednak też ma swoje wady. I to w tym filmie zasługuje na uwagę. Aron po przytrzaśnięciu ręki przez ogromny kamień zostaje sam na sam ze swoim ego, które jest nazbyt nadmuchane. O tak nadmuchane to dobre słowo. Okazuje się, że Aron to tak na prawdę samotny człowiek, który nie potrafi zbudować relacji z innymi ludźmi. Ten pewien dramat psychologiczny trochę ratuje ten film. Jednak nie ma tej mocy. Mamy tutaj walkę o przetrwanie, trochę czarnego humoru, narcystycznych przechwałek i biadolenia. Do mnie nie przemówił i okropnie się nudziłem.

Drugi natomiast zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Pogrzebany ma prostą budowę i wręcz niezwykle chwytny pomysł. Facet zostaje zakopany (wraz z kamerą) żywcem. Rozpoczyna się walka z czasem w odnalezieniu go. Kilka rekwizytów i mamy świetny thriller, który trzyma w napięciu do ostatniej minuty. Jedyne co mogę się przyczepić to sceny dojeżdżania kamery – to wyszło dziwnie, oraz trochę kostrobata gra Raynoldsa. Do tej roli potrzebny by był na prawdę mistrz aktorstwa.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.